Szufladka

Plan dnia – przekleństwo czy pomoc matki na macierzyńskim?

Listopad 3, 2016

fot. https://pixabay.com

23 październik 2016 r.

Jest godz. 21.30. Dzieci śpią, a przynajmniej leżą w swoich łóżkach. Mam niecałe dwie godziny na napisanie wpisu na blog zanim usłyszę kwęki Mani, która obudzi się na ostatnie tego dnia karmienie. Chcę Wam opowiedzieć o pierwszym kinderbalu Poli, o zaproszeniach, które zaprojektowałam z pomocą fajnego programu. Otwieram kompa i prawie dostaję zawału. Ostatni wpis na blogu był 3 tygodnie temu. Od tego czasu cisza. Kilka fotek rzuconych na instagram i tyle. Aktywność blogowa bliska zeru. Ogarnia mnie wstyd. Wrzesień – wakacje, daje sobie rozgrzeszenie. Październik miał być zupełnie inny. Zamykam kompa i w ciszy idę pod prysznic. W głowie robię szybki rachunek sumienia. Okej, faktycznie jesień zaczęła się intensywnie. Były chrzciny, odwiedziny przyjaciół, maraton po lekarzach, desperackie szukanie szpitala w którym na wycięcie migdałka nie trzeba czekać rok czasu, sąd, ostatnio kinderbal. Sporo się działo. I kiedy jestem bliska dać sobie rozgrzeszenie znowu zaczynam kalkulować. Nie robię drzemek w ciągu dnia, nie oglądam TV i nie spędzam godzin buszując w necie. Na co do jasnej cholery spędzam tyle czasu? Wyrzuty sumienia znowu dają o sobie znać. W tym momencie zaczęłam dostrzegać plusy pracy w korporacji. Korpoludek siedzi sobie wygodnie w swoim ołpen spejsie, popija kawę i skrupulatnie zapisuje każdą wykonywaną czynność. Kiedy po 15 godzinach wychodzi do domu ma przynajmniej poczucie, że zarobił kupę kasy dla swojego chlebodawcy. Ja po 15 godzinach siedzenia w domu z dziećmi mam również poczucie kupy, ale zupełnie innego rodzaju. Szybko podejmuję decyzje. Plan dnia. Od jutra działam zgodnie z nim. W głowie układam listę rzeczy, które muszę jutro zrobić. Dobranoc.

24 październik 2016 r.

Noc przebiegła spokojnie. Dwa karmienia, trzecie nad ranem. Standard. Budzę się wypoczęta i przelewam na papier moją listę rzeczy „to do”. 10.15 wizyta u lekarza. Najlepsza motywacja jaka może być żeby ruszyć się z domu. Trzeba przyśpieszyć tempo, ubrać się, umalować i co najważniejsze być na czas. Wcześniej załatwiam jeszcze pocztę (najważniejszą z rzeczy na mojej liście). Wykreślam kolejną pozycję i już jestem zadowolona, że udało mi się wiele zrobić. O dziwo Mania zasypia u lekarza. To zagraża mojemu planowi dnia. Dokonuję jego szybkiej modyfikacji i zamieniam kolejność rzeczy „to do”. Łączę spacer z poszukiwaniem zimowych butów dla starszej. Nic nie znajduję i po upływie półtorej godziny wracamy do domu. Mania wypoczęta. Leży na macie. Doskonały moment na ogarnięcie mieszkania. Po 30 minutach daje wyraźne znaki, że pora na zmianę zabawy. Nie dziwię się, ile można łapać te same pałąki czy lizać te same zabawki. Odkrywamy mieszkanie, ćwiczymy, tulimy się. Z tyłu głowy mam kolejne rzeczy, które muszę zrobić i których nie zacznę dopóki Mania nie pójdzie spać. Zasypia. Ulga. Szybkie wysłanie zaległych maili i opłacenie rachunków. Kaloryfery nadal nie grzeją. Telefon do spóźnionego o dwie godziny hydraulika z zapytaniem czy na pewno o nas nie zapomniał. Jeszcze tylko naleśniki dla Poli i zasłużone pół godziny z książką. Kiedy patelnia jest rozgrzana dochodzą do mnie dźwięki z sypialni. Obudziła się. Z wyrzutami sumienia wkładam córkę do bujaka i włączam babyTv na czas smażenia naleśniorów. Sorry Mania, ale inaczej się nie wyrobimy. Zrobione. Wykreślam kolejną pozycję z listy, ale o książce mogę zapomnieć. W międzyczasie wpada hydraulik, a my przygotowujemy się do odebrania Poli. Po przedszkolu idziemy na zajęcia sportowe. Z Manią czekamy w szkolnej szatni, aż się skończą. Mała wkurzona, bo to jej pora drzemki. Na szczęścia wpada T. i zabiera ją na spacer. Po zajęciach kolejna wizyta u lekarza. Zabieram Polę ze sobą. Obiecuje być grzeczna. W gabinecie wpada jej w oko ciśnieniomierz, który pochłania całą jej uwagę. Dotrzymała słowa. Będzie nagroda. Jeśli chodzi o kaszel, który nie daje mi spać od dwóch tygodni lekarz rozkłada ręce. Dopóki karmię nie może zapisać niczego oprócz pastylek ziołowych. Mam poczucie straconego czasu. Kobiety w ciąży i karmiące zdecydowanie powinny mieć bana na chorowanie. Dzwonię do T., jest niedaleko. Spotykamy się przed kliniką i całą czwórką lądujemy w domu kilka minut przed 20. Teraz jeszcze kolacja, kąpiel i położenie dziewczynek do łóżek. Proste w teorii, trudne do wykonania w praktyce. Z Polą nie ma problemu, ale Mania zdecydowanie nie ma ochoty na spanie. Wręcz przeciwnie, wesoło macha nogami i rękami. O godz. 21.40 kapituluję i zabieram ją ze sobą do salonu. Tulę do siebie i włączam kolejny odcinek „Rozwodu” licząc, że zaśnie na rękach znużona serialem. Nie zasnęła. Zasypiamy razem wtulone w siebie.

25 października 2016 r.

Otwieram oczy. Ściana deszczu za oknem. Już widzę, że z realizacją planu dnia będzie problem. O 10.15 fitness. Leniwa ja każe zostać w domu. Rozsądna ja każe zostać w domu i się doleczyć. 2:0 dla domowych pieleszy. Zostaję. Nie ma tego złego, dokończę zaległy wpis na bloga – jedyna z rzeczy, której nie zdążyłam zrobić poprzedniego dnia. Kiedy Mania zasypia siadam do kompa. Po pół godzinie słyszę kwęki. Kiedy dobiegam do łóżka z nadzieją, że uda mi się opanować sytuację, widzę uśmiechniętą buzię Majuni. To znak, że spania nie będzie. Przynajmniej nie teraz. Wiem, że spacer by ją uśpił, ale leje jak z cebra. Robimy jeszcze dwa podejścia. Za każdym razem kiedy jesteśmy gotowe do wyjścia, deszcz przybiera na sile. Odpuszczam. Po przedszkolu jedziemy na wizytę u alergologa poza miasto. Trochę zachodu z taką wyprawą, ale jak mus to mus. Robię jabłka w cieście naleśnikowym żeby Pola mogła przegryźć w drodze. Odbieram mojego starszaka i już widzę, że coś z nią nie tak. Narzeka na brzuszek. W sumie gorąco w tej taksówce. Zapach też dziwny. Docieramy do T. i całą czwórką jedziemy do lekarza. 40 minut opóźnienia. Po naszym wyjściu opóźnienie jeszcze większe. Widzę złośliwy wzrok mamy czekającej z dzieckiem. Rozumiem ją, ale nie było to spotkanie towarzyskie. Do domu dobijamy kilka minut przed 21. Mam deja vu. Szybki prysznic, kolacja i położenie dzieci spać. Z Manią znowu problemy. W końcu usypia ok. 23. W nocy bóle brzuszka przybierają na sile. Bezsenna noc.

26 października 2016 r.

Plan dnia nie obowiązuje, gdy w domu jest chore dziecko.

27 października 2016 r.

Plan dnia nie obowiązuje, gdy rodzice przejęli rota wirusa od chorego dziecka.

2 listopada 2016 r.

Po tygodniu opóźnienia kończę pisać zaległy wpis. Widzę jednak zalety posiadania planu dnia. To nieoceniona pomoc każdej matki na macierzyńskim. Organizuje, uporządkowuje, upraszcza. Satysfakcja z wykreślenia z listy kolejnej zrobionej pozycji jest bezcenna. Co najważniejsze, zrealizowany plan dnia to także argument w rozmowach z przemęczonym pracą przedstawicielem płci przeciwnej, który tyra aż (!) 8 godzin i uważa, że tym samym zasłużył na wegetowanie na kanapie po powrocie do domu. Czy będę stosować plan dnia? Zdecydowanie tak. Czy zawsze? Znacie mnie. Purystką nie jestem 😉

You Might Also Like

2 Comments

  • Reply osytalia.pl Styczeń 9, 2017 at 12:50 pm

    Trudno się nie zgadzać z Tobą w wielu kwestiach, mam nadzieję, że będzie można trochę częściej
    czytać jakieś wpisy, bo czyta się fajnie

    • Reply mecMama Styczeń 10, 2017 at 9:17 am

      Dzięki, to dla mnie cenna informacja.

    Leave a Reply